Slam poetycki to rodzaj konkursu poetyckiego, w którym jurorem jest każda osoba siedząca na widowni. Poetki i poeci wychodzą na scenę parami, przedstawiają swoje teksty, a publiczność głosuje na swojego faworyta, który przechodzi do następnej rundy. Slamy powstały w Chicago, kiedy to robotnik i poeta Marc Kelly Smith w 1984 roku zorganizował serię odczytów poezji w jazz-klubie „The GetMeHigh Lounge”. Jego celem było „oddanie” poezji zwykłym ludziom i ich codzienności. Dwa lata później zorganizował pierwszy slam w klubie „Green Mill”.  Jak widać – pomysł się przyjął.

Dla nas – członków Sztukowirówki są to wydarzenia szczególne. To dzięki nim część z nas się poznała i zaprzyjaźniła, to na nich toczyły się niezapomniane pojedynki na słowa, to one motywowały nas do pisania i rozwoju. Teraz – w czasie pandemii – kiedy możemy co najwyżej spotykać się na slamach online, z łezką w oku wspominamy ważne dla nas historie związane ze slamem poetyckim. Przeczytajcie, co najbardziej zapadło nam w pamięć!

Antoni

Jak mawiają po angielsku „You never forget Your first”, tak samo w mojej pamięci na zawsze zapisały się moje pierwsze slamy, w których brałem udział wpierw jako widz (ewentualnie pomagałem w przygotowaniach), a dopiero później – jako uczestnik. Organizował je gdański NZS w pubie Spółdzielnia. Odbywały się w niewielkim pomieszczeniu, tak jakby w ukryciu, swego rodzaju artystycznej konspiracji. Ze względu na ograniczenia przestrzenne, jak i naprawdę duże zainteresowanie, towarzyszyła tym wydarzeniom atmosfera swojskiego stłoczenia – ktoś usadowił się na podłodze między rzędami krzeseł, ktoś na stoliku na tyłach, ktoś rozlał przypadkiem piwo, ktoś zarezerwował miejsce w przedbiegach tradycyjnego wyścigu o siedzenie dwubarwną kartą do głosowania. Teksty mogły podobać mi się mniej lub bardziej, ale klimat kupił mnie od razu. No i – kiedy w końcu zdobyłem się na odwagę by wystąpić – miło było widzieć, że zawsze znalazło się kilka osób, którym spodobało się Twoje wystąpienie. W slamie zawsze liczyło się dla mnie nie zwycięstwo, ale udział.

Zuza

Jest wiele inspirujących wspomnień ze slamów poetyckich w moim sercu. Praktycznie każdy tego typu konkurs niesie za sobą szereg nietuzinkowych momentów, które łączą, twórczo pokrzepiają, urozmaicają rzeczywistość i pozostają w pamięci pod postacią emocji. Jeżeli jednak miałabym wybrać jedną sytuację poetycko-międzyludzką, która wywarła na mnie największe wrażenie, byłby to finał slamu poetyckiego w Lofcie w ramach festiwalu Europejski Poeta Wolności z 2018 roku. Po zaciętej batalii długich, niesamowicie obrazowych, poruszających, nieraz sentymentalnych, trudnych lub wręcz duchowo przytłaczających wierszy, finał rozpoczął i zakończył się… w dwóch wersach. Dosłownie w dwóch! Jeden wers przeczytał Iwo Sadecki, drugi wers przytoczyła w ramach poetyckiej korespondencji Tamara Titkowa. Finał, na który wszyscy czekali, trwał nie dłużej niż 20 sekund. Zgromadzeni goście byli w niemałym szoku, a wybór ostatecznego zwycięzcy – naprawdę nieoczywisty. Finalnie zwyciężyła Tamara Titkowa. Jej brawura oraz performatywno-imporowizatorska elastyczność zostały docenione przez publiczność, a sam występ powinien (w moim odczuciu) stać się legendą Loftu. Był to również idealny bodziec dla młodych twórców, zachęcający do nieszablonowego myślenia oraz nieskrępowanego eksperymentowania na scenie. Kto był, ten na pewno pamięta!

Paula

Ja również niejeden raz miałam okazję obserwować starcia na scenie wielu Poetek_Poetów z różnych stron Polski, a także zdarzyło mi się samej występować. Wiele z tych spotkań bardzo dobrze zapisało się w mojej głowie, ale najsilniej pamiętam moje pierwsze slamy i jak się okazuje – nie tylko ja. Mój pierwszy-pierwszy slam przypadał na początek roku 2017. Brałam w nim udział wyłącznie jako obserwatorka – zdaje się, że nawet nie głosowałam – bo znalazłam się tam w zasadzie przypadkiem. Myślałam, że idę spotkać się ze przyjaciółmi w pubie, a w rzeczywistości spotkałam się z nowym rodzajem występu scenicznego. Przypadek? Jednak muszę szczerze przyznać, że formuła nie zachęciła mnie od razu i na prawie dwa lata praktycznie zapomniałam o slamie.

Jesień 2018 roku była dla mnie wyjątkowo-przełomowa – to właśnie wtedy zdecydowałam się zaryzykować i wystąpić z autorskimi tekstami: najpierw w konkursie jednego wiersza „MALT”, a potem na slamie. Pierwszy, w którym brałam udział jako występująca odbywał się w Centrum Filmowym w Gdyni, a do wzięcia udziału namówił mnie Wojtek Boros (dzięki, Wojtek!). Wcześniej nie myślałam, że slam jest czymś „dla mnie”, że sama mogłabym występować… Bałam się oceny (zwłaszcza oczywiście negatywnej), bałam się przejęzyczenia, mikrofonu, krzywych spojrzeń z publiczności – wszystkiego, ale tak się złożyło, że kilka dni przed slamem w Gdyni miała miejsce premiera sztuki „Bosko – nie jesteśmy hermetyczni” w reżyserii Kamili Ciesielskiej, w której występowałam. Zachęcona pozytywnymi komentarzami, które pojawiły się od Ludzi po premierze i na fali emocji, które ta sztuka wywołała głęboko we mnie, zdecydowałam się spróbować swoich sił.  Był stres, niepewność i oczywiście trzęsące się dłonie. Ale… doszłam do finału!

To jedno z ważniejszych dla mnie wspomnień związanych ze slamem, ale nie dlatego, że doszłam do finału,  dlatego że to było prawdziwe zwolnienie blokady. Do tej pory pamiętam, jak byłam ubrana i z kim tam przyszłam – Julia Sz., pozdrawiam z całego serducha, gdyby nie Ty pewnie nigdy nie odkryłabym tego świata!  <3

Fot. Julia Sz.

Bartek

Slamy były dla mnie bardzo dużym odkryciem i to chyba właśnie pierwszy z nich, w którym miałem okazję uczestniczyć, był (póki co) tym, który wspominam najczęściej. Mimo że mieliśmy do czynienia z pierwszym rokiem pandemii, to jednak w czasie wakacji nie odczuwało się tego aż tak bardzo jak obecnie. Zaproszenie na slam dostałem od przypadkowo spotkanej w barze koleżanki z podstawówki, która w tej „branży” siedziała od początku swoich studiów. Co mnie najbardziej uderzyło to rzecz, którą ludzie na slamach widzą na co dzień: różnorodność. Zaczynając od samych wierszy, przez wykonania, stroje, na widowni kończąc. Każdy kolejny występ i etap były coraz ciekawsze i dzięki temu piękniejsze. Jedna z występujących dziewczyn ubrała tradycyjną słowiańską sukienkę, druga zaśpiewała swój wiersz, trzeci z występujących wybrał formę niemalże stand-up’ową. Każdy pomysł był głośno oklaskiwany przez widownię, a wyniki prawie nigdy nie były jednoznaczne. Gdybym miał powiedzieć o swoim najpiękniejszym wspomnieniu z slamu, to byłby to właśnie pierwszy kontakt z różnorodnością i wspieraniem siebie nawzajem.

Witek

Jedno z moich pierwszych, a zarazem najsilniejszych wspomnień literackich wiąże się ze slamem w Spółdzielni, organizowanym przez NZS UG (wówczas w osobie Zuzy Tomaszewskiej). Zachwycił mnie wiersz Patryka Zimnego „Kobiety, które lubią to”. Wtedy wydawało mi się jeszcze, że występowanie przed publicznością to naprawdę wielka rzecz, zarezerwowana dla nielicznych. Dziś wiem już, że każdy może zaprezentować swoją twórczość innym i cieszę się, że udało mi się odczarować scenę. Pamiętam, że po slamie podszedłem do Patryka i spytałem, czy mógłby podesłać mi swój wiersz. Nie od razu to zrobił, ale w końcu się doczekałem i okazało się, że tekst doskonale zniósł próbę czasu. Nadal zresztą zdarza mi się do niego zaglądać. To jednak nie koniec historii tamtego wieczora. Wracałem autobusem do domu i okazało się, że Patryk jedzie tym samym (w stronę Oliwy). Mogłem więc odbyć rozmowę z Poetą (zdecydowanie przez duże P, jak wówczas myślałem, i w sumie nadal myślę). Nie wiedziałem wtedy, że specyfiką gdańskiego środowiska literackiego jest przyjazne nastawienie do początkujących twórców. Sądzę, że przyczyniło się to do przełamania strachu, wstydu czy nieśmiałości, które powstrzymywały mnie przed wyjściem na scenę.

Natalia

Od kiedy biorę w nich udział slamy są dla mnie niezwykłym przeżyciem. Od zawsze podobał mi się moment wywołania na scenę, odczytywania wiersza albo improwizowania – kiedy wszystko dzieje się niezwykle szybko, a jednocześnie powoli, kiedy umysł skupia się tylko na błyskawicznie przepływających myślach, rodzących się słowach i gestach – kiedy przestaje istnieć wszystko poza tym.

Nie wiem, czy potrafię wybrać jedno, najbardziej inspirujące wspomnienie. Myślę, że jest to jeden, najbardziej inspirujący dzień – Ogólnopolskie Mistrzostwa Slamu Poetyckiego w maju 2019 roku. Wspaniała, słoneczna pogoda, niezapomniane kalambury ze znajomymi w pociągu do Poznania i atmosfera na miejscu przed eliminacjami „Ostatniej Szansy” do finału.: Chillowanie na trawie, a potem… dosłownie było czuć, jak zderzają się emocje, idee i słowa z całej Polski! Niespodziewanie dla samej siebie, dostałam się. Podczas mojego występu rozrzucałam po scenie  pogniecione kartki z wierszami, zastanawiając się, co mam wybrać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że występy były nagrywane i transmitowane na żywo dla całej (slamowej) Polski!

Ula

Również dla mnie slamy stały się bardzo ważną częścią życia i miasta. Już kilka lat temu wchłonęły mnie i do tej pory nie chcą puścić! Nie potrafię wybrać tego jednego, najpiękniejszego wspomnienia, ale pamiętam doskonale pierwszy slam, na który przyszłam jako widz – było to we wspomnianej wcześniej Spółdzielni. Sala była wypełniona po brzegi, ale znalazło się dla mnie miejsce na starym fotelu w rogu pomieszczenia. Gdy tylko usiadłam, zagadnęło mnie dwóch chłopaków, tak po prostu, pokazując swoją gazetę „Ćwierćinteligjenci”, którą drukowali sami w domu, a strony magazynu barwili kawą. Potem jeden z nich wygrał slam, a ja do tej pory mam w szufladzie limitowany numer ich gazety.

Kilka miesięcy później wylądowałam na pierwszym slamie, na którym odważyłam się wystąpić. To było w Lofcie. Przyszłam sama i usiadłam przy stoliku w cieniu, czując się niepewnie wśród obcych ludzi i w nowej sytuacji. Potem wyszłam na scenę, przeczytałam kilka swoich (mocno nieudolnie napisanych) wierszy. Tego wieczoru podchodzili do mnie ludzie, żeby porozmawiać o poezji albo się pośmiać – tak po prostu. Nie spotkałam się z tym nigdy wcześniej w żadnym innym środowisku. Poznałam wtedy wyjątkowych ludzi, których teraz mam szczęście nazywać przyjaciółmi. A oprócz tego… doskonale pamiętam slam w GAK’u,, kiedy wygrała Marysia Wrzeszcz, a potem swój przeszywający występ improwizowany przedstawił Paweł Rogiński z Wrocławia, a ja ryczałam z emocji. Trzecie Ogólnopolskie Mistrzostwa Slamu w Poznaniu, w których finale brałam udział. Bliskość oczu na widowni, które patrzą na mnie i rozumieją. Wiersze Tamary Titkowej, Oskara Lange, Przemka Szczygła, Marcina Makowskiego, albo ludzi z innych miast: Patrycji Sikory, Magdy Walusiak, Adeli Kiszki, Smutnego Tuńczyka, Wani Łani, Magdy Tyszeckiej i wielu, wielu innych osób, które wychodzą na scenę z odwagą i prawdą, zawsze prawdą, nawet jeśli zakamuflowaną gdzieś głębiej, w środku.

Wszyscy z niecierpliwością czekamy na możliwość słuchania, oglądania, czytania, mówienia na slamach… Są to emocje, których nie sposób doświadczyć w żadnym innym miejscu. I Was, drodzy Czytelnicy, w przyszłości zachęcamy do przyjścia i zaprezentowania swoich myśli!

close

Cześć! 👋

Zapisz się, aby otrzymywać informacje o wydarzeniach, które organizujemy!

Obiecujemy: zero spamu! Przeczytaj naszą politykę prywatności, znajdziesz tam więcej informacji.

1 Comment

  1. Jak wy pięknie to wszystko ułożyliście w bukiecik! Biorę szczepkę i wszczepiam w drogi, którymi chodzę. Może się komuś także przyda i odszczepi sobie kawałek:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *